Ten artykuł został napisany dla Googla i Facebooka

Piszę, ponieważ lubię układać myśli w spójny wywód. To dobre ćwiczenie, w ten sposób też się uczę. Często robię tak, gdy trzeba podjąć decyzję lub ją uzasadnić. Bloga piszę z powodów zawodowych. W 2003 robiłem to aby zrozumieć o co chodzi w blogowaniu. Gdy rok temu zaczęliśmy zmieniać Blox.pl chciałem mieć bliski kontakt z produktem. Starałem się publikować za każdym razem, gdy zespół wdrażał coś nowego. 

Obrazek przedstawiający odslonyŻeby wpis się lepiej sharował, potrzebny jest obrazek.

Lubię się dzielić wiedzą, ale nie mogę się temu poświęcać tak, jak bym chciał. To wcale nie przychodzi łatwo – to są trudne tematy i trzeba się gimnastykować, żeby było z sensem. Ostatnio często słyszę „śledzę Twojego bloga, mógłbyś pisać częściej”. To miłe i motywujące. Dziś wiele osób uczy się być miłym, mówi takie rzeczy i jest to dobre. Proste komunikowanie wdzięczności jest jakieś takie niepolskie, ta zmiana dobrze nam zrobi. 

Duże znaczenie ma też dla mnie chęć zrozumienia jak rzeczy działają, jak się rozchodzą. Jak trafiają do „socialu”, lub jak pracuje tu SEO. Te tematy, po dłuższej przerwie, zaczynają mi być bliskie. Upraszczając: piszę, żebyście wrzucili ten tekst na fejsa lub twittera oraz żeby go znalazł Google. Potem oglądam co się dzieje i mogę z sensem rozmawiać na temat projektów rozwojowych. Tzn. mam takie poczucie, że mogę i że z sensem.

Jakieś niecne są te motywacje. Gdy pierwszy raz się nimi podzieliłem, przyszło mi do głowy, że w zasadzie to dziś nic nadzwyczajnego. Bo po co dzisiaj się pisze? Po co się kiedykolwiek pisało? Oczywiście w celach reprodukcyjnych, ale tego zaułka nie będziemy eksplorować. Dziś motywacje do tworzenia treści podlegają jak wszystko sporym przemianom. Generalnie rosną, a coraz więcej ludzi może. Wskutek tego powstaje całkiem sporo nowych, darmowych treści. Niektóre kompletnie beznadziejne i pretensjonalne, ale za to „chwytliwe”, bo w końcu jak inaczej mogłby się rozejść. Inne wybitne.

Publikowanie po to, aby zostać znalezionym przez Gógla i Fejsa nazywa się „content marketing”. Podam dwa przykłady, każdy w jakimś sensie wybitny.

Niedawno została opublikowana lista 100 najbardziej inspirujących nazwisk w polskim internecie. To przykład dobrze odrobionego zadania – z pomysłem, ale o średniej jakościowo zawartości. Nie ma sensownego sposobu, by szybko i merytorycznie ułożyć taką listę. Na pewno można ją za to ułożyc jakkolwiek oraz:

  1. Temat jest kontrowersyjny. Wielu skomentuje.
  2. Jest listą, każda lista jest dziś typową pornografią informacyjną. Nie myślimy, przeglądamy. No i wrzucamy dalej.
  3. Zawiera nazwiska osób aktywnych w internecie. Jest alfabetyczna, więc nikt nie znalazł się na 98 miejscu, co zwiększa szanse na to, że wiele z osób, które tu trafiły się tą listą pochwali. W końcu są na-tej-samej-w-zasadzie pozycji co Michał Brański.

Motywacje? Czytamy w e-biznes.pl „firma chciała udowodnić, że potrafi przeprowadzić skuteczną kampanię content marketingową”. Wyniki.. ciekawe dlaczego tak mało. W piku wg screena z Analitycs było tam jakieś 20 tys. wejść, więc nie ma szału. Może chociaż z odpowiedniej grupy.

Inny przypadek to jeden z polskich startupów, który naprawdę zaistniał na świecie. Chylę czoła przed UX Pin i tym co robi w temacie. Publikuje wartościowe, solidnie przygotowane materiały. Motywacje są dość oczywiste. Jeden z pierwszych chyba (nie sprawdzam tego dokładnie) przewodników „Guide to mvps” opisany jest dziś w sieci na około 3 tys. stron. Sami sprawdźcie inne.To jest zgodne z wartościami, które wyznają twórcy startupu a przy okazji dośc opłacalne. Tutaj wiedza rzeczywiście się uwalnia. Blogerzy robili to od lat, tu mamy formę profesjonalną. Na dodatek „Made In Poland”, przynajmniej w jakimś sensie… 

Content marketing to też specjaliści maści wszelakiej, którzy oprócz tego, że coś robią, bardzo dużo o tym piszą. W końcu, gdy ktoś o czymś pisze pod nazwiskiem to znaczy, że się zna. Tak przynajmniej podświadomie to odbieramy, przyzwyczajeni, że publikacje wiązały się z przekroczeniem pewnej bariery. Nigdy nie było łatwo trafić na łamy periodyku lub wydać książkę. Dziś skojarzenia pracują, barier nie ma. Swoją drogą jak to jest, że w związku z tym nawet wybitne autorytety publikują np. na LinkedIn pierdoły nie zawierającej żadnych nowych myśli. Nawet HBR to robi. Na blogach jego autorzy nieustannie wrzucają wydmuszki, z których treść możnaby sprowadzić do jednego zadnia. Ale widać to działa… 

W efekcie na pewno mamy coraz więcej darmowych treści. W dobie wprowadzania paid contentu to jest jakby utrudnieniem. 

Nie oceniam tego. Tak po prostu jest, a ja to sobie głośno obserwuję. Przy okazji może zaistnieję w google… czy raczej sprawdzę, jak nam to tu działa.

Wpisy na tym blogu są poglądami moimi a nie pracodawcy, którym jest obecnie spółka Agora.

Interesujące? Tym razem proszę: skopiuj link do tego wpisu i wrzuć go na Fejsa, krytykując, komentując lub polecając 🙂